poniedziałek, 9 marca 2015

Nowhere's safe. Temat lekcji z gimnazjum, który do mnie bardzo przemówił. Nie w takim kontekście, o jaki chyba chodziło twórcy podręcznika, ale cóż zrobić.


Uważam, że zaufanie było błędem. Czuję się raniona. Wszystko to puste słowa. Najbezpieczniej czuję się w domu, swoim albo babci, kiedy mogę się przytulić do mamy albo babci. Jestem małą dziewczynką w ciele, które za szybko urosło. Nie nadążyłam za tymi przemianami, i teraz cierpię przez mentalność dziecka. A może właśnie jest odwrotnie, jestem za poważna i wszystko biorę za poważnie, wszystko biorę do siebie.

Nie wiem, na czym stoję, pod nogami niepewny grunt i milion lęków dotyczących przyszłości.

Boli mnie głowa i chce mi się spać; właśnie dlatego już wiem, że kolejne 5-6 godzin spędzę nad książkami. Taka ot kara, za brak honoru i godności, i głupotę. Wieczne maski mnie męczą, zgubiłam siebie już dawno temu. Już nawet nie mam czasu panikować przed maturą; po prostu jestem zmęczona, przeokropnie zmęczona, ciągłym rozdwojeniem jaźni i ciągłym lękiem. Nawet tym, że staram się wszystko sobie zracjonalizować. I mówię sobie- "A czego się spodziewałaś, że komuś będzie zależało tak jak tobie?". Serce i tak boli, na nic surowe myśli.

Wszyscy wysyłają mnie do psychologa na siłę. A ja nie chcę iść. Walczę sama, wciąż walczę. Nie mam przecież żadnej próby samobójczej na koncie. Mogę mówić często nawet, że wolałabym nie być, ale nigdy tego nie planowałam, za wiele we mnie... tchórzostwa? miłości do życia? Babcia mówi, że życie jest piękne. Życie jest piękne, ale ludzie to kurwy, widzę to w sobie.



Wciąż walczę, z powracającymi kryzysami. Wciąż udaję, że jest w porządku. Wciąż ukrywam część siebie. Mania i Kasia nie znają adresu bloga, a to przecież tu chyba najbardziej widać, jaki jest mój stan. Ja już tego nie umiem określić, czy jest źle, czy bardzo źle. 

Gdybym mogła się wyspać, gdybym mogła chociaż na moment przestać myśleć o maturze, studiach, Tomku, chyba byłoby ze mną lepiej. Myślałam, że się z nim chociaż uporałam, ale póki będzie nawiedzał mnie w snach, nic z tego. Przecież Paweł śnił mi się przez półtora roku, w różnych kontekstach.


Cały czas krąży mi w głowie ta gorzka myśl, jest jak piołun i spycha mnie do czarnego dołu bez dna. Nie mam siły.

środa, 4 marca 2015

Dawno mnie tu nie było. Nie znaczy to bynajmniej, że było dobrze w ostatnim czasie. Nie było dobrze i nie jest. Staram się dawać radę, wychodzi mi to chyba średnio.

Dzisiaj zawaliłam kartkówkę z historii, jedna głupia wpadka. Jestem zła sama na siebie i sobą rozczarowana. Zatruwa mi to teraz myśli. Nienawidzę zawodzić sama siebie, to jedna z rzeczy, które udowadniają mi, jak beznadziejna jestem i że się do niczego nie nadaję.

Dominika chyba postanowiła zerwać naszą znajomość. Nie odzywa się do mnie. Myślę, że chodzi o to, że nie pojechałam na jej urodziny; ale cóż, nie miałam kasy po prostu, to jest jednak pewien wydatek. Ale boli mnie to. Boli mnie, że kolejna osoba, jakiej zaufałam, zostawia mnie, a ja znów mam wrażenie, że za moment rozpadnę się w pył, przestanę istnieć i rozwieje mnie wiatr. To okropne uczucie, gdy tyle rzeczy naraz przestaje mieć sens. Czuję się złamana, i połamana, jakbym była w kawałkach. Nie umiem się opanować. Z drugiej strony, piszę te słowa ze spokojem, mam co prawda łzy jakby... za oczami, lada moment i wypłyną, ale z drugiej strony nie spieszy im się. I dobrze.

Sprawy z Tomkiem mniej więcej uregulowane. Chyba mniej, ale uregulowane. Na umówione spotkanie nie przyszedł; przy rozmowie przez fb stwierdził, że nie widzi podstaw do zerwania znajomości, tylko preteksty. Ogółem to moja wina, według niego. Popłakałam, popłakałam, opłaciłam to nerwami, ale mam to już za sobą. Jeszcze jakiś czas będę o tym myśleć, a potem wypchnę go z mojej głowy.

Nikt nie wie, jak bardzo się teraz miotam, szamoczę. Nikt. Boję się, za wiele osób coś o mnie wie, zranią mnie, już to robią, nie wiem, czy niechcący, czy z perfidii. Boli. Nie mogą mnie zrozumieć, a mnie znów otacza jakaś bańka smutku, odgradzając od ludzi wokół. Przez ten dziwaczny nastrój nie mogę się skupić. 

Miotam się też, bo chcę zaufać niektórym ludziom, ale za bardzo się boję, jednocześnie im ufam i nie; to chyba zależy od momentu rozmowy. Nie wiem, jak to wszystko traktować. Nie wiem, czy biorą mnie na serio, obawiam się, że nie. Czasem kusi mnie, żeby coś sobie zrobić, tak po dziecinnemu "na złość mamie odmrożę sobie uczy", żeby przekonać się, kto tak naprawdę byłby ze mną. Ale tchórzę. Wieczny tchórz ze mnie.

Nie widzę w tym wszystkim sensu, jestem zmęczona. W domu też różnie, problemy z pracą mamy i zdrowiem babci, bezradność mnie dobija.

Cały czas marznę, zimno mi w stopy i dłonie, i ten chłód jest jakby... we mnie. Ale czasem chciałabym, ostatnio o tym myślałam, gdy byłam z psem na spacerze, chciałabym zmarznąć tak całkiem, do szpiku kości, do prawdziwego bólu, by go ze mnie wypędzić, żeby wyrzucić ze mnie zło. Swoiste egzorcyzmy. Chciałabym też tak zmoknąć. Chciałabym się uwolnić.

Nigdy nie będę wystarczająco dobra sama dla siebie, sama wpędzę się do grobu. Nie mam siły sama żyć, jestem na to za słaba, to moje ostatnie refleksje. 

Już nie wiem, komu ufać; dusiłabym to w sobie, ale wtedy zaczynam tracić dech, i jestem nabrzmiała od łez, aż w końcu wybucham płaczem, którego nie mogę opanować, z byle powodu.

Czuję się też jak na karuzeli, bo z jednej strony, momentami mam wrażenie, że wreszcie jest ktoś, na kim mogę się oprzeć, i komu na mnie zależy, na nowo szanuję to, że jestem z rodziną, i że są inni ludzie; ale zaraz potem ogarnia mnie, jak teraz, wielkie poczucie osamotnienia, i mam wrażenie, że zaraz się rozsypię, na milion małych kawałków. A ich nie da się posklejać. Jestem za bardzo rozbita, na milion małych kawałków.

"Młodzieniec przyszedł do Starca po radę.
Starcze, rozbiłem coś.
Jak bardzo to rozbiłeś?
Na milion małych kawałków.
Obawiam się, że nie mogę ci pomóc. 
Dlaczego?
Nic się nie da zrobić.
Dlaczego?
Nie można tego naprawić.
Dlaczego?
Jest za bardzo rozbite. Na milion małych kawałków.


Cóż więc mi pozostaje? Świat raz po raz również wypada mi z rąk.

Pogubiłam się, bardzo się pogubiłam. Już powoli nie wiem, w co wierzę. Znaczy, wiem, że istnieje Bóg, w to chyba nigdy nie przestanę wierzyć, ale nie jestem pewna niczego innego. Nie wiem, jak to jest z wybaczeniem, jak to będzie ze mną. Znaczy. W teorii wiem. Ale cóż to jest teoria?! 

Boże, pomóż, wariuję, czy już zwariowałam?