poniedziałek, 9 marca 2015

Nowhere's safe. Temat lekcji z gimnazjum, który do mnie bardzo przemówił. Nie w takim kontekście, o jaki chyba chodziło twórcy podręcznika, ale cóż zrobić.


Uważam, że zaufanie było błędem. Czuję się raniona. Wszystko to puste słowa. Najbezpieczniej czuję się w domu, swoim albo babci, kiedy mogę się przytulić do mamy albo babci. Jestem małą dziewczynką w ciele, które za szybko urosło. Nie nadążyłam za tymi przemianami, i teraz cierpię przez mentalność dziecka. A może właśnie jest odwrotnie, jestem za poważna i wszystko biorę za poważnie, wszystko biorę do siebie.

Nie wiem, na czym stoję, pod nogami niepewny grunt i milion lęków dotyczących przyszłości.

Boli mnie głowa i chce mi się spać; właśnie dlatego już wiem, że kolejne 5-6 godzin spędzę nad książkami. Taka ot kara, za brak honoru i godności, i głupotę. Wieczne maski mnie męczą, zgubiłam siebie już dawno temu. Już nawet nie mam czasu panikować przed maturą; po prostu jestem zmęczona, przeokropnie zmęczona, ciągłym rozdwojeniem jaźni i ciągłym lękiem. Nawet tym, że staram się wszystko sobie zracjonalizować. I mówię sobie- "A czego się spodziewałaś, że komuś będzie zależało tak jak tobie?". Serce i tak boli, na nic surowe myśli.

Wszyscy wysyłają mnie do psychologa na siłę. A ja nie chcę iść. Walczę sama, wciąż walczę. Nie mam przecież żadnej próby samobójczej na koncie. Mogę mówić często nawet, że wolałabym nie być, ale nigdy tego nie planowałam, za wiele we mnie... tchórzostwa? miłości do życia? Babcia mówi, że życie jest piękne. Życie jest piękne, ale ludzie to kurwy, widzę to w sobie.



Wciąż walczę, z powracającymi kryzysami. Wciąż udaję, że jest w porządku. Wciąż ukrywam część siebie. Mania i Kasia nie znają adresu bloga, a to przecież tu chyba najbardziej widać, jaki jest mój stan. Ja już tego nie umiem określić, czy jest źle, czy bardzo źle. 

Gdybym mogła się wyspać, gdybym mogła chociaż na moment przestać myśleć o maturze, studiach, Tomku, chyba byłoby ze mną lepiej. Myślałam, że się z nim chociaż uporałam, ale póki będzie nawiedzał mnie w snach, nic z tego. Przecież Paweł śnił mi się przez półtora roku, w różnych kontekstach.


Cały czas krąży mi w głowie ta gorzka myśl, jest jak piołun i spycha mnie do czarnego dołu bez dna. Nie mam siły.

środa, 4 marca 2015

Dawno mnie tu nie było. Nie znaczy to bynajmniej, że było dobrze w ostatnim czasie. Nie było dobrze i nie jest. Staram się dawać radę, wychodzi mi to chyba średnio.

Dzisiaj zawaliłam kartkówkę z historii, jedna głupia wpadka. Jestem zła sama na siebie i sobą rozczarowana. Zatruwa mi to teraz myśli. Nienawidzę zawodzić sama siebie, to jedna z rzeczy, które udowadniają mi, jak beznadziejna jestem i że się do niczego nie nadaję.

Dominika chyba postanowiła zerwać naszą znajomość. Nie odzywa się do mnie. Myślę, że chodzi o to, że nie pojechałam na jej urodziny; ale cóż, nie miałam kasy po prostu, to jest jednak pewien wydatek. Ale boli mnie to. Boli mnie, że kolejna osoba, jakiej zaufałam, zostawia mnie, a ja znów mam wrażenie, że za moment rozpadnę się w pył, przestanę istnieć i rozwieje mnie wiatr. To okropne uczucie, gdy tyle rzeczy naraz przestaje mieć sens. Czuję się złamana, i połamana, jakbym była w kawałkach. Nie umiem się opanować. Z drugiej strony, piszę te słowa ze spokojem, mam co prawda łzy jakby... za oczami, lada moment i wypłyną, ale z drugiej strony nie spieszy im się. I dobrze.

Sprawy z Tomkiem mniej więcej uregulowane. Chyba mniej, ale uregulowane. Na umówione spotkanie nie przyszedł; przy rozmowie przez fb stwierdził, że nie widzi podstaw do zerwania znajomości, tylko preteksty. Ogółem to moja wina, według niego. Popłakałam, popłakałam, opłaciłam to nerwami, ale mam to już za sobą. Jeszcze jakiś czas będę o tym myśleć, a potem wypchnę go z mojej głowy.

Nikt nie wie, jak bardzo się teraz miotam, szamoczę. Nikt. Boję się, za wiele osób coś o mnie wie, zranią mnie, już to robią, nie wiem, czy niechcący, czy z perfidii. Boli. Nie mogą mnie zrozumieć, a mnie znów otacza jakaś bańka smutku, odgradzając od ludzi wokół. Przez ten dziwaczny nastrój nie mogę się skupić. 

Miotam się też, bo chcę zaufać niektórym ludziom, ale za bardzo się boję, jednocześnie im ufam i nie; to chyba zależy od momentu rozmowy. Nie wiem, jak to wszystko traktować. Nie wiem, czy biorą mnie na serio, obawiam się, że nie. Czasem kusi mnie, żeby coś sobie zrobić, tak po dziecinnemu "na złość mamie odmrożę sobie uczy", żeby przekonać się, kto tak naprawdę byłby ze mną. Ale tchórzę. Wieczny tchórz ze mnie.

Nie widzę w tym wszystkim sensu, jestem zmęczona. W domu też różnie, problemy z pracą mamy i zdrowiem babci, bezradność mnie dobija.

Cały czas marznę, zimno mi w stopy i dłonie, i ten chłód jest jakby... we mnie. Ale czasem chciałabym, ostatnio o tym myślałam, gdy byłam z psem na spacerze, chciałabym zmarznąć tak całkiem, do szpiku kości, do prawdziwego bólu, by go ze mnie wypędzić, żeby wyrzucić ze mnie zło. Swoiste egzorcyzmy. Chciałabym też tak zmoknąć. Chciałabym się uwolnić.

Nigdy nie będę wystarczająco dobra sama dla siebie, sama wpędzę się do grobu. Nie mam siły sama żyć, jestem na to za słaba, to moje ostatnie refleksje. 

Już nie wiem, komu ufać; dusiłabym to w sobie, ale wtedy zaczynam tracić dech, i jestem nabrzmiała od łez, aż w końcu wybucham płaczem, którego nie mogę opanować, z byle powodu.

Czuję się też jak na karuzeli, bo z jednej strony, momentami mam wrażenie, że wreszcie jest ktoś, na kim mogę się oprzeć, i komu na mnie zależy, na nowo szanuję to, że jestem z rodziną, i że są inni ludzie; ale zaraz potem ogarnia mnie, jak teraz, wielkie poczucie osamotnienia, i mam wrażenie, że zaraz się rozsypię, na milion małych kawałków. A ich nie da się posklejać. Jestem za bardzo rozbita, na milion małych kawałków.

"Młodzieniec przyszedł do Starca po radę.
Starcze, rozbiłem coś.
Jak bardzo to rozbiłeś?
Na milion małych kawałków.
Obawiam się, że nie mogę ci pomóc. 
Dlaczego?
Nic się nie da zrobić.
Dlaczego?
Nie można tego naprawić.
Dlaczego?
Jest za bardzo rozbite. Na milion małych kawałków.


Cóż więc mi pozostaje? Świat raz po raz również wypada mi z rąk.

Pogubiłam się, bardzo się pogubiłam. Już powoli nie wiem, w co wierzę. Znaczy, wiem, że istnieje Bóg, w to chyba nigdy nie przestanę wierzyć, ale nie jestem pewna niczego innego. Nie wiem, jak to jest z wybaczeniem, jak to będzie ze mną. Znaczy. W teorii wiem. Ale cóż to jest teoria?! 

Boże, pomóż, wariuję, czy już zwariowałam?


piątek, 13 lutego 2015

Lepiej już u mnie. W poniedziałek, co prawda, przepłakałam dobre kilka godzin, rozmawiając z pewnymi osobami, ale w sumie między innymi to mi pomogło. Prawie wylazłam w końcu z tego przeziębienia, zrobiłam sobie kilka dni wolnego od nauki, i naprawdę częściowo wybrnęłam z tego kryzysu. Aż jestem dumna z siebie, bo jest lepiej. Przerwa od nauki pozwoliła mi się nieco rozluźnić i się wyciszyłam.

Napisałam do Tomka. Poczułam, że dojrzałam już do tego, żeby uregulować tę sprawę. Uregulować, to takie adekwatne słowo, Ania stwierdziła, że piszę o tym jak o spłacaniu rachunków. No poniekąd. Regulować- na chłodno, bez emocji, w wykalkulowany sposób. Chcę wyjaśnić kilka rzeczy, zażegnać spór, i wprowadzić neutralność naszych relacji, żeby uniknąć zgrzytów w przyszłości. Tyle. Dzięki tej decyzji czuję się jak duża dziewczynka, która radzi sobie chociaż częściowo ze swoimi problemami.

Jutro wpadają dziewczyny. Będzie ciekawie :') Będziemy też robić prezent, za tydzień osiemnastka Kasiobasi, i jedziemy do Zakopanego. Miałam tylko siedzieć i się uczyć w ferie, a jednak szykuje się kilka wyjazdów, ale to może i lepiej. Przestaję powoli wariować na punkcie nauki, może wyjdę na prostą. W końcu ponoć nigdy nie jest za późno.


Even if I say
It'll be alright
Still I hear you say you want to end your life
Now and again we try
To just stay alive
Maybe we'll turn it all around
'Cause it's not too late
It's never too late

poniedziałek, 9 lutego 2015

Wróciłam. Dość długo mnie nie było. Pochłonęła mnie nauka i panika, trochę komputer. Cały czas jestem przeziębiona, mam okropny katar, kaszlę. Jestem już zmęczona tą ciągłą chorobą, ale nie mam czasu się wyleczyć. 


Staram się zapanować nad moją paniką maturalną, z różnym skutkiem. Dzisiaj już sobie dałam spokój; tzn- oglądam film, w międzyczasie robię jakieś notatki z historii. Wszyscy wokół mnie uspokajają, wszyscy wokół się na mnie irytują.

Pogubiłam się strasznie. Sama to wszystko czuję. Że to nie jest mój świat, ja nie pasuję do niego, on do mnie, nie wiem, skąd się w nim wzięłam. Czemu zawsze to wygląda tak samo, że tak dziwnie od wszystkiego odstaję? Prześladowała mnie dzisiaj ta myśl. To pytanie: "Boże, co ja tu robię, i co dalej?". Nie pasuję do tych ludzi, do tego miejsca, gdzie zgubiłam siebie, przed czym się chowam? 

Przeżywam bunt na kilku płaszczyznach. Doskonale zdaję sobie sprawę, że to jest moment, w którym bardzo wiele się waży. Mam kryzys religijny, który wynika chyba z tego, że już całkiem tracę nadzieję, że kiedyś będzie w porządku ze mną, i moim prywatnym bałaganem. Poza tym, uciekam od tego świata, chowam się w muzyce i kolejnych opowiadaniach, tylko po to, żeby się okazało, że wcale nie jest lepiej, a że sama wepchnęłam się w kolejny dół. Nienawidzę siebie. Nie widzę w sobie nic dobrego, żadnej wartości. A inni widzą. Moja rodzina widzi, i nie rozumie, że ja tego nie zauważam. Ale ja mam za dużo kompleksów wbitych do głowy, za dużo.

Sama się spycham do tego dołu, zamykam w tej klatce, ale nie umiem tego naprawić. Mnie się już NIE DA naprawić. To właśnie mnie tak męczy, z tego wynika kryzys. Nigdy nie będzie dobrze. Płaczę, łzy kapią mi na podręcznik, a kogo obchodzi ten stos słów? Kto prócz rodziny zauważy moje odejście? Odeszłabym, ale- o Boże!- nie mogłabym tego zrobić mamie, babci. A co, jak ich kiedyś zabraknie, jak zostanę sama? Zapanuję nad lękami?

Dzisiaj w szkole... nie było... hm, nie wiem, jak to określić. Ale to kolejny dowód na to, że nie powinno mnie tu być. Wytykam to sobie, że brakuje mi poczucia godności, honoru, na nic nie zasługuję. Nie potrafię się obronić, mogę tylko przełykać słowa, które chcą uciec z gardła, płacz i dławienie; otwierać szeroko oczy i zagłuszać wszystko muzyką. 

Było ze mną już lepiej. Nie w porządku, ale lepiej. Tomek i matura dokładają swoje cegiełki, a ja tracę rozum, i wariuję, wariuję, wariuję. Nie widzę szansy na polepszenie.

Boże, niech już będzie maj, proszę, presja mnie wykańcza.

Nigdzie nie ma ratunku.



czwartek, 29 stycznia 2015

Jestem zmęczona. Nawet nie wiem czym. Czuję się przytłoczona, ale też nie umiem do końca sprecyzować, czemu. Chciałabym spać. 

Myślę... gdyby kiedyś coś strzeliło mi do tej porąbanej makówki, gdybym jednak pozbawiła się siebie samej, to chciałabym, żeby ludzie zaakceptowali moją decyzję. Czy to takie trudne? Pojąć, że brakuje sił? Akceptacja... Chciałabym w takiej sytuacji uniknąć durnych pytań w stylu- gdzie byli rodzice, czemu to zrobiła, co nią kierowało. Po prostu akceptacja i milczenie. Bo to byłaby moja decyzja, nikogo innego.

Powoli tracę nadzieję, że ktoś mi pomoże, że ktoś mnie uwolni. W ferie nie jadę na rekolekcje, bardzo mi tego brakuje, ponieważ zawsze mogłam się na tych wyjazdach wyciszyć, poukładać myśli, wypłakać się na spokojnie do dna. W tym roku jestem tego pozbawiona, więc się tym bardziej męczę.

Chyba szykuje mi się przerwa od komputera, Jest nieunikniona, czuję to. Za dużo hałasu, gwaru, MUSZĘ odpocząć, bo całkiem zwariuję.

Nienawidzę w sobie tego, że nie widzę żadnej swojej pozytywnej cechy, żadnej wartości, nic. Nie czuję się pewnie w niczym. 



poniedziałek, 26 stycznia 2015

What is right?

Za dwa dni praktyczny. Spoko, i tak nie zdam, więc póki co nie zamierzam się tym stresować. A przed egzaminem idę do szkoły, więc może nie będę o tym myśleć. 

Przeminęła studniówka, do matury zaledwie 98 dni. Siedzę nad historią i staram się wepchnąć coś do mózgu. Idzie mi o tyle opornie, że znów mam jeden ze swoich bólów głowy.

Zirytowały mnie reakcje części znajomych na wieść o moich tatuażach. I tak je zrobię, chociaż może nie w tak widocznych miejscach. Przecież to moje ciało. A nie zamierzam tatuować sobie 'TSW', tylko coś, co ma mi przypominać, że samobójstwo to żadna opcja? Co w tym złego? Że chcę zapamiętać. Sądzę, że gdy będę to miała wyryte we własnej skórze, i przyniesie mi to ból, zapomnienie o tym nie przyjdzie mi tak łatwo.

Dużo teraz myślę o tym wszystkim. Kilku osobom pisałam, że ważą się losy mojego animatorstwa, życia; faktycznie tak to widzę. Czas decyzji. Jakiś przełom. 

Paradoksalnie do olewania snu i jedzenia, jestem okropną paranoiczką i hipochondryczką, więc dzisiaj dostałam miniaturowego zawału- ponoć niepotrzebnie, ale wszystko się okaże. Tymczasem wypycham to ze świadomości. Pewnie przesadzam jak zwykle.


Tell me, what is right, and what is wrong?

Kolejna z moich ukochanych piosenek, i to z tych, przez które się rozsypuję. Za dużo myśli w skołatanej głowie.



sobota, 24 stycznia 2015

Zmęczenie




Za dużo myśli. Za dużo lęków. Chyba nie chcę póki co o tym pisać. Pogubiłam się znowu. Błądzę. Jeżeli ktoś mi nie pomoże, utonę.
Tak brakuje mi teraz Tomka. Brakuje. Brakuje...
Pomocy.

Postanowiłam zrobić tatuaże. Wreszcie. Może mi to jakoś pomoże. Może mnie naprawi.


sobota, 17 stycznia 2015


I lie here paralytic inside this soul 
Screaming for you til my throat is numb 
I wanna break out I need a way out 
I don't believe that it's gotta be this way 
The worst is the waiting 
In this womb I'm suffocating 


I lie here lifeless in this cocoon 
Shedding my skin 'cause I'm ready to 
I wanna break out, I found a way out 
I don't believe that it's gotta be this way 
The worst is the waiting 
In this womb I'm suffocating 

Jestem zmęczona. Nie aż tak bardzo jak ostatnio, trochę się wyrwałam z tego znużenia. Ostatni tydzień był ciężki, nawet bardzo, cały czas jakaś nauka, wkuwanie, niewyspanie. Dzisiaj odespałam to za wszystkie czasy, teraz siedzę nad książkami z wymiernym skutkiem. Wczoraj znów usłyszałam, że powinnam odpoczywać od nauki. NIKT nie wie, jak wkurza mnie takie gadanie bez celu.

Zdałam teorię, 28 stycznia praktyka. Wszyscy mi mówią, że wiedzieli, że tak będzie. Wszyscy mi mówią, że we mnie wierzyli. Wszyscy mi wciąż mówią, że we mnie wierzą. Wszyscy, tylko nie ja. Ja nigdy w siebie kuźwa nie wierzę. W żadnym kontekście. Matury, egzaminu, konkursu, pisania. Człowiek pozbawiony własnej wartości, oto ja.

Nie chcę myśleć.

Nie jestem w stanie się skupić, znów. Już nie chce mi się pisać o tym, że stresuję się maturą, to rzecz oczywista, niemniej mam problemy ze skoncentrowaniem się na tym, na czym powinnam. Zamiast tego czytam ficki, piszę, myślę i się martwię. Między innymi o zdrowie, bo to żebro nie daje mi spokoju, i boli coraz bardziej. Martwię się też tradycyjnie o kilka innych rzeczy, o których nie chcę mówić.

Dominika i Kaśka twierdzą, że powinnam porozmawiać z Tomkiem. Usłyszałam dzisiaj, że powinnam , bo tak zrobiłby dorosły człowiek. Ale ja nie jestem dorosła. Jestem głupim dzieckiem. Kiedy mi to na rękę. W tym przypadku jest. Nie wiem, co z tym fantem zrobić, bo nie chcę się z nim spotkać, żeby potem uciec z płaczem, nie chcę się z nim spotkać, żeby potem znów zostać zmuszoną do przeprosin za rzeczy, których w ogóle nie było. Nie chcę wracać do punktu wyjścia. I nie chcę myśleć, jak mnie to zabolało. Ja się po prostu za szybko przywiązuję do wszystkich ludzi wokół. Błąd. Gdybym mniej ufała, lista skreślonych przyjaciół byłaby o wiele krótsza, bądź nie byłoby jej wcale, a ja czułabym się o wiele lepiej, do dzisiaj.

Piszę opowiadanie, w którym jeden bohater przekonuje drugiego, że warto jest żyć, że nigdy nie jest za późno na ratowanie siebie. Paradoks czy hipokryzja?

Bawią mnie te rozważania, a samobójstwa jakoś fascynują. Chyba chodzi o tę wolność decyzji. Człowiek czuje się panem sytuacji. A może często już po prostu jest to jedyna ucieczka od tego całego syfu? Nie, dalej nie myślę o własnym samobójstwie. Po prostu mnie to ciekawi. Sama śmierć mnie ciekawi, chociaż nie spieszy mi się do niej aż tak. To po prostu jest... interesujące? fascynujące? Czytam teraz powieść "Złodziejka książek", której narracja jest prowadzona właśnie w taki sposób, który pozwala mi inaczej spojrzeć na sprawę.

Ah, ah, tyle myśli się nazbierało. Już w ostatnich dniach mnie nosiło, i miałam nieustające wrażenie nieuchronnego wybuchu. Nie lubię tych moich eksplozji, bo nie jest to rzecz, nad którą mogę zapanować, a wtedy krzyczę, płaczę, przeklinam i wyzywam. Długo wszystko w sobie tłumię, kiedyś muszę się tego pozbywać. Ugh.


wtorek, 13 stycznia 2015

Zdałam teorię. Fajnie, odlatuje mi jeden z obowiązków. Jutro mam sprawdzian z historii, umiem część tematów. Nie mogę się już skupić na nauce, ale zaraz się do tego zmuszę. Pewnie wypiję kolejną kawę, wyniosę laptopa z pokoju. Denerwuje mnie to poczucie obowiązku, które nie pozwala mi olać jednego sprawdzianu w roku.

Jest we mnie jakiś pokręcony, popierdolony masochizm. Nie rozumiem go. Sama nie wiem. Może to mylne wrażenie.

Za bardzo zaangażowałam się w to, co czytam, i mi po prostu smutno.

Jestem strasznie zmęczona. Czuję się jak uwięziona w labiryncie. Nie wiem, w którą stronę iść, jak znaleźć wyjście, co mi pomoże odnaleźć drogę. Duszę się. Miotam, pomiędzy tymi wszystkimi rzeczami, które chciałabym zrobić, ale boję się, albo nie czuję się w nich pewnie. Jednak, o Boże, nie ma na tym świecie rzeczy, w których czuję się pewnie! Nigdy nie jestem dla siebie wystarczająco dobra. To ja jestem swoim największym problemem, a problemy powinno się usuwać. Boże, Boże, nikt nie jest w stanie mi pomóc.

Czemu znów się gubię, czemu jak wydaje mi się, że wszystko jest w porządku, to gubię drogę kolejny raz? Czemu jak wydaje mi się, że zapomniałam, on znów pojawia się w śnie? Czemu nie umiem uwierzyć w siebie i sobie zaufać chociaż trochę, chociaż w tych najgłupszych rzeczach?

Gdzie są ci wszyscy ludzie, którzy mogliby mi pomóc? Co ja mam w końcu ze sobą zrobić, żeby zacząć cieszyć się życiem, rodziną, codziennością? Gdzie moja nastoletnia radość?

Chciałabym spać, spać, spać, do maja, do wakacji, do końca studiów, do końca...



poniedziałek, 12 stycznia 2015

Jestem zestresowana, bo jutro piszę egzamin teoretyczny. Hm, w sumie to, że jestem zestresowana, to bardzo... eufemistyczne określenie. Panikuję, strasznie, wiem, że to denerwuje ludzi, ale średnio mogę nad tym zapanować. Co gorsza, chyba mnie coś bierze, boli mnie głowa i zaczyna gardło. Chciałabym iść wcześniej spać, ale prawdopodobnie nie zdążę- robię kolejne testy na prawo jazdy i powtarzam... wszystko. Jutro też się nie wyśpię, bo mam sprawdzian z historii, a w czwartek z matematyki. A w piątek wypowiedź argumentacyjną. Pokręcony tydzień.


Myślę nad swoją niepewnością, nieśmiałością, wstydem, czy jak to zwać. Nad tym, że nie umiem się docenić za nic. Sama spycham się w to piekło wiecznego wahania i smutku. Nie wiem, jak co na to poradzić. Nienawidzę tego w sobie, że nie jestem w stanie w siebie uwierzyć choć odrobinę. Ale nie mogę. Cholera.

Więc siedzę. Mam chwilę przerwy od teorii, żeby nie zwariować, przyniosłam sobie coś do zjedzenia, jakąś herbatę... ale tak naprawdę to tylko kolejne chwile stresu. Chciałabym już być po tym; z drugiej strony, gdy wrócę z Krakowa (a do szkoły się nie wybieram), to będę zakuwała na historię; co jest dla mnie kolejnym stresem... i tak w kółko. Dlatego się czuję taka wypompowana, chociaż nie robię aż tak dużo. Siadam emocjonalnie tak trochę.

Tomek się pojawił. Nie chcę o tym pisać, ale dał znak życia. Niekoniecznie chciałam to wiedzieć, co wiem, ale cóż.

Jestem zmęczona, zniechęcona, i osowiała.

Prawdę mówiąc, powoli tracę już nadzieję, że zjawi się ktoś, kto mi pomoże. To trochę tak, jakbym się powoli topiła, i czekała na kogoś, kto wyciągnie mnie z wody i pozwoli złapać oddech. Nie widzę takiej osoby na horyzoncie, nie wiem, co powinnam ze sobą zrobić.




sobota, 10 stycznia 2015

Byłam dzisiaj na korepetycjach z polskiego, i moja pani (która jest przekochaną osobą, przywracającą mi wiarę w moje umiejętności polonistyczne; i jest po prostu cudownym człowiekiem) określiła mój obecny stan jako "chmurę emocjonalną". Powiedziała, że to zjawisko polega na tym, że nie mogę się skupić przez skumulowane lęki, presję (która znów spowodowana jest tym, że nie mogę się uczyć) i uczucia, i jestem mocno oderwana od rzeczywistości. I że powinnam nad tym zapanować. Poradziła mi, bym wypisała, co tak naprawdę muszę zrobić do matury. I, można się śmiać, ale to działa. Gdy wiem konkretnie, że muszę np. ćwiczyć słownictwo z włoskiego, ale już większą część umiem; to czuję się o wiele lepiej, niż gdy wiem po prostu, że muszę się uczyć włoskiego, i że mam dużo pracy. Racjonalizacja i skonkretyzowanie zdziałały cuda, bo jeśli chodzi o maturę, to nieco się rozluźniłam.

Po drugie, powiedziała mi też, że są osoby- i chyba się zaliczam do tego grona- na które uspokajanie działa wręcz przeciwnie, wpędza w większy stres i mają one wtedy wrażenie, że otoczenie ich nie rozumie. Tak patrząc na mój wczorajszy wpis, i na moje wczorajsze zachowanie, to chyba to mam. Gdy ja płaczę z nerwów, czy coś mnie boli, a ktoś mówi, że 'wszystko będzie dobrze', przecież zdasz', 'przecież do matury daleko', 'przecież się wyjaśni'; to tak szczerze mówiąc zalewa mnie krew, z miejsca trafia szlag, i ogólnie mnie cholera jasna bierze. Ale i tak najbardziej denerwujące jest 'wiem, jak się czujesz'.

Boli mnie, że nawet w środowiskach, w których teoretycznie czuję się dobrze, to tak naprawdę nie jestem bądź nie czuję się akceptowana. Myślałam o tym dzisiaj. Na pozór wszystko jest dobrze, ale tak naprawdę...

I nikomu już nie pozwolę się tak dobrze poznać, jak znali mnie oni.
Więc niech nikt nie mówi mi, że mnie zna, wie, jakie będą moje reakcje, co zrobię, kiedy, dlaczego, i co mną kieruje.


piątek, 9 stycznia 2015


Siedzę przed komputerem i płaczę. Wszyscy mówią mi, że za bardzo stresuję się maturą, i powinnam przestać. Czemu nikt nie rozumie, że ja nie mogę normalnie żyć z tych nerwów, nie mogę nie myśleć o maturze i przestać się stresować? Jestem strasznie zmęczona, cały czas się boję, że umiem za mało, że zawiodę siebie. Nie mogę robić czegoś innego bez wyrzutów sumienia, że marnuję czas, który mogłabym poświęcić na naukę. Zaraz zwariuję. 

Paradoks- panikuję i chandruję, bo za mało umiem i chcę się uczyć, ale nie mogę się uczyć, bo mam chandrę i nie mogę się na niczym skupić.


Dostałam zakaz nauki. Czy ktoś może w to uwierzyć? Rodzice zakazali mi się uczyć, twierdzą, że przesadzam. A ja mam wrażenie, że czas przesypuje mi się przez palce. Jest go coraz mniej, nie umiem się tym nie przejmować i wyluzować. Niemal się trzęsę z nerwów. Dostaję brzydko mówiąc pierdolca na tym punkcie, chociaż i tak z moimi korkami i jakąś nauką robię więcej niż jakieś 60% procent maturzystów.

Ogólnie nie czuję się najlepiej, uzbierało się kilka rzeczy, które mnie bolą i denerwują, i z którymi nie radzę sobie sama. Ale też o większości nie chcę rozmawiać bądź boję się o nich mówić. Jestem tak cholernie znużona tym całym syfem, jaki mnie otacza.

Ostatnio pisała do mnie znajoma, kiedyś mówiłam o niej 'przyjaciółka'. Zdenerwowała mnie. Pytała, jak się czuję- odpowiedziałam, że dobrze, ze zdrowiem ok; zaczęła wypytywać, czy z nastrojem ok. Drażni mnie to, mam wrażenie, że tylko sprawdza, czy żyję, czy sobie radzę; odhacza punkt na liście. Gośka żyje? Nie planuje samobójstwa? Super, i lecimy dalej. Takie bezsensowne znajomości, bez jakichkolwiek perspektyw; z obowiązku. Bez sensu. Czemu udajemy?


A może czepiam się bez sensu.

Jestem zmęczona. Tak straszne zmęczona.


This world will never be
What I expected
And if I don't belong
Who would have guessed it?
...


Kto w ogóle zauważyłby moje zniknięcie, prócz mojej rodziny? Poczucie własnej bezwartościowości, pustki i braku znaczenia mnie przygnębia.

Niech mi ktoś pomoże...

Rzucona na głęboką wodę, nauczę się pływać, albo pójdę na dno. Która opcja jest bardziej prawdopodobna?


czwartek, 8 stycznia 2015

Zmęczenie.

Trochę u mnie słabo. Mam jakby atak swojej depresji, która nie chce odejść; uczepiła się mnie i nie umiem jej pokonać. Jestem zmęczona panikowaniem przed maturą, chciałabym to już napisać, i przestać się stresować. Piję kolejną kawę, i niemal płaczę nad zeszytem z kolejnym opowiadaniem, które właściwie nie ma sensu i znaczenia w kontekście mojego życia. Gubię się raz po raz. Chciałabym z kimś porozmawiać.

This world will never be
What I expected
And if I don't belong
Who would have guessed it?

czwartek, 1 stycznia 2015

Nowy rok

Nowy rok, nowy rok. Wychodzę zawsze z założenia, że nowy rok nie przyniesie mi nic nowego i pozytywnego. Obecnie jestem zajęta tym, że od półtora tygodnia wciąż kaszlę; powolną nauką do matury i opłakiwaniem serca złamanego kolejny raz. Jestem już tym wszystkim zmęczona, i gdy tak jak teraz, muzyka huczy mi w uszach, mam ochotę krzyczeć. Nie, to nie zmęczenie, bo odpoczynek nic nie daje, to okropne znużenie. Tym wszystkim, co mnie otacza, mam dość. Mam ochotę kląć, krzyczeć i rozbijać. Ale jestem grzeczną dziewczynką.

Myślałby kto.

Jestem przytłoczona stosem bezsensownych myśli o samobójstwie. Problem się chyba narodził, gdy zaczęłam postrzegać je jako alternatywę dla rozwiązania jakichś problemów. Cholera, boję się tego. Gdy myślę o przyszłości, często widzę czerń.

Staram się nie myśleć o Tomku, i o tym, ze już go nie będzie więcej w moim życiu. Jestem rozżalona, nie będę mówić, że nie. Boli mnie, że postanowił mnie zranić, mimo że kiedyś obiecywał, że mogę mu zaufać i na pewno będzie po mojej stronie. Chyba już zapomniał o tej obietnicy, a ja zostałam z cholernym sercem złamanym jeszcze raz i utratą złudzeń. Już nie wiem, komu mogę ufać, mało zostało takich ludzi. Poza tym... i tak dużo tłumię w sobie, jedna rzecz wte czy wewte... Może to udźwignę.

Ale nic nie mogę poradzić na to uczucie.

Chyba chciałabym porozmawiać. Może uda mi się potem złapać Konrada, dawno z nim nie rozmawiałam, a on mi zawsze stara się to jakoś przetłumaczyć. Na nim jeszcze się tak nie zawiodłam. Może on mi to jakoś wyjaśni. Jakkolwiek...

Wspominałam dzisiaj, jak rok temu klęczałam w kaplicy przed szopką, beczałam, i modliłam się o zdrowie dla mamy oraz zdrowie bądź dar łagodnej śmierci dla cioci. Ona nie żyje już prawie rok, zostało 13 dni do rocznicy. Uderzyło mnie to strasznie; to, jak mało minęło, i jak wiele się zmieniło od tego momentu. Chyba nie spodobałoby jej się to, co dzieje się z jej córką.

Myślę też o tym, jak ja się zmieniłam, i z iloma ludźmi straciłam kontakt. Cholernie mi jednak przykro, że do skreślonej listy dołączył Tomasz. Jakbym mało już przebeczała zaraz po tej sytuacji. Czuję się osamotniona, jestem bardzo źle nastawiona do RAMu, ale dzisiaj postanowiłam, że przekornie będę jeździła na rekolekcje. Na pohybel między innymi Tomkowi. Chociaż naprawdę... chyba dużo to będzie ode mnie wymagało i dużo nerwów mnie kosztowało.

Matura... nie chcę o tym myśleć, ale muszę, zostało zaledwie 123 dni. Tak mało! A ja zamiast się uczyć, rozklejam się i choruję. Spróbuję jeszcze raz jutro. W końcu się uda.


Może kiedyś się ułoży, ale czy ja w ogóle tego dożyję?

Smutno mi.


                            

I need a hero to save me NOW