poniedziałek, 9 lutego 2015

Wróciłam. Dość długo mnie nie było. Pochłonęła mnie nauka i panika, trochę komputer. Cały czas jestem przeziębiona, mam okropny katar, kaszlę. Jestem już zmęczona tą ciągłą chorobą, ale nie mam czasu się wyleczyć. 


Staram się zapanować nad moją paniką maturalną, z różnym skutkiem. Dzisiaj już sobie dałam spokój; tzn- oglądam film, w międzyczasie robię jakieś notatki z historii. Wszyscy wokół mnie uspokajają, wszyscy wokół się na mnie irytują.

Pogubiłam się strasznie. Sama to wszystko czuję. Że to nie jest mój świat, ja nie pasuję do niego, on do mnie, nie wiem, skąd się w nim wzięłam. Czemu zawsze to wygląda tak samo, że tak dziwnie od wszystkiego odstaję? Prześladowała mnie dzisiaj ta myśl. To pytanie: "Boże, co ja tu robię, i co dalej?". Nie pasuję do tych ludzi, do tego miejsca, gdzie zgubiłam siebie, przed czym się chowam? 

Przeżywam bunt na kilku płaszczyznach. Doskonale zdaję sobie sprawę, że to jest moment, w którym bardzo wiele się waży. Mam kryzys religijny, który wynika chyba z tego, że już całkiem tracę nadzieję, że kiedyś będzie w porządku ze mną, i moim prywatnym bałaganem. Poza tym, uciekam od tego świata, chowam się w muzyce i kolejnych opowiadaniach, tylko po to, żeby się okazało, że wcale nie jest lepiej, a że sama wepchnęłam się w kolejny dół. Nienawidzę siebie. Nie widzę w sobie nic dobrego, żadnej wartości. A inni widzą. Moja rodzina widzi, i nie rozumie, że ja tego nie zauważam. Ale ja mam za dużo kompleksów wbitych do głowy, za dużo.

Sama się spycham do tego dołu, zamykam w tej klatce, ale nie umiem tego naprawić. Mnie się już NIE DA naprawić. To właśnie mnie tak męczy, z tego wynika kryzys. Nigdy nie będzie dobrze. Płaczę, łzy kapią mi na podręcznik, a kogo obchodzi ten stos słów? Kto prócz rodziny zauważy moje odejście? Odeszłabym, ale- o Boże!- nie mogłabym tego zrobić mamie, babci. A co, jak ich kiedyś zabraknie, jak zostanę sama? Zapanuję nad lękami?

Dzisiaj w szkole... nie było... hm, nie wiem, jak to określić. Ale to kolejny dowód na to, że nie powinno mnie tu być. Wytykam to sobie, że brakuje mi poczucia godności, honoru, na nic nie zasługuję. Nie potrafię się obronić, mogę tylko przełykać słowa, które chcą uciec z gardła, płacz i dławienie; otwierać szeroko oczy i zagłuszać wszystko muzyką. 

Było ze mną już lepiej. Nie w porządku, ale lepiej. Tomek i matura dokładają swoje cegiełki, a ja tracę rozum, i wariuję, wariuję, wariuję. Nie widzę szansy na polepszenie.

Boże, niech już będzie maj, proszę, presja mnie wykańcza.

Nigdzie nie ma ratunku.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz