sobota, 17 stycznia 2015


I lie here paralytic inside this soul 
Screaming for you til my throat is numb 
I wanna break out I need a way out 
I don't believe that it's gotta be this way 
The worst is the waiting 
In this womb I'm suffocating 


I lie here lifeless in this cocoon 
Shedding my skin 'cause I'm ready to 
I wanna break out, I found a way out 
I don't believe that it's gotta be this way 
The worst is the waiting 
In this womb I'm suffocating 

Jestem zmęczona. Nie aż tak bardzo jak ostatnio, trochę się wyrwałam z tego znużenia. Ostatni tydzień był ciężki, nawet bardzo, cały czas jakaś nauka, wkuwanie, niewyspanie. Dzisiaj odespałam to za wszystkie czasy, teraz siedzę nad książkami z wymiernym skutkiem. Wczoraj znów usłyszałam, że powinnam odpoczywać od nauki. NIKT nie wie, jak wkurza mnie takie gadanie bez celu.

Zdałam teorię, 28 stycznia praktyka. Wszyscy mi mówią, że wiedzieli, że tak będzie. Wszyscy mi mówią, że we mnie wierzyli. Wszyscy mi wciąż mówią, że we mnie wierzą. Wszyscy, tylko nie ja. Ja nigdy w siebie kuźwa nie wierzę. W żadnym kontekście. Matury, egzaminu, konkursu, pisania. Człowiek pozbawiony własnej wartości, oto ja.

Nie chcę myśleć.

Nie jestem w stanie się skupić, znów. Już nie chce mi się pisać o tym, że stresuję się maturą, to rzecz oczywista, niemniej mam problemy ze skoncentrowaniem się na tym, na czym powinnam. Zamiast tego czytam ficki, piszę, myślę i się martwię. Między innymi o zdrowie, bo to żebro nie daje mi spokoju, i boli coraz bardziej. Martwię się też tradycyjnie o kilka innych rzeczy, o których nie chcę mówić.

Dominika i Kaśka twierdzą, że powinnam porozmawiać z Tomkiem. Usłyszałam dzisiaj, że powinnam , bo tak zrobiłby dorosły człowiek. Ale ja nie jestem dorosła. Jestem głupim dzieckiem. Kiedy mi to na rękę. W tym przypadku jest. Nie wiem, co z tym fantem zrobić, bo nie chcę się z nim spotkać, żeby potem uciec z płaczem, nie chcę się z nim spotkać, żeby potem znów zostać zmuszoną do przeprosin za rzeczy, których w ogóle nie było. Nie chcę wracać do punktu wyjścia. I nie chcę myśleć, jak mnie to zabolało. Ja się po prostu za szybko przywiązuję do wszystkich ludzi wokół. Błąd. Gdybym mniej ufała, lista skreślonych przyjaciół byłaby o wiele krótsza, bądź nie byłoby jej wcale, a ja czułabym się o wiele lepiej, do dzisiaj.

Piszę opowiadanie, w którym jeden bohater przekonuje drugiego, że warto jest żyć, że nigdy nie jest za późno na ratowanie siebie. Paradoks czy hipokryzja?

Bawią mnie te rozważania, a samobójstwa jakoś fascynują. Chyba chodzi o tę wolność decyzji. Człowiek czuje się panem sytuacji. A może często już po prostu jest to jedyna ucieczka od tego całego syfu? Nie, dalej nie myślę o własnym samobójstwie. Po prostu mnie to ciekawi. Sama śmierć mnie ciekawi, chociaż nie spieszy mi się do niej aż tak. To po prostu jest... interesujące? fascynujące? Czytam teraz powieść "Złodziejka książek", której narracja jest prowadzona właśnie w taki sposób, który pozwala mi inaczej spojrzeć na sprawę.

Ah, ah, tyle myśli się nazbierało. Już w ostatnich dniach mnie nosiło, i miałam nieustające wrażenie nieuchronnego wybuchu. Nie lubię tych moich eksplozji, bo nie jest to rzecz, nad którą mogę zapanować, a wtedy krzyczę, płaczę, przeklinam i wyzywam. Długo wszystko w sobie tłumię, kiedyś muszę się tego pozbywać. Ugh.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz