sobota, 10 stycznia 2015

Byłam dzisiaj na korepetycjach z polskiego, i moja pani (która jest przekochaną osobą, przywracającą mi wiarę w moje umiejętności polonistyczne; i jest po prostu cudownym człowiekiem) określiła mój obecny stan jako "chmurę emocjonalną". Powiedziała, że to zjawisko polega na tym, że nie mogę się skupić przez skumulowane lęki, presję (która znów spowodowana jest tym, że nie mogę się uczyć) i uczucia, i jestem mocno oderwana od rzeczywistości. I że powinnam nad tym zapanować. Poradziła mi, bym wypisała, co tak naprawdę muszę zrobić do matury. I, można się śmiać, ale to działa. Gdy wiem konkretnie, że muszę np. ćwiczyć słownictwo z włoskiego, ale już większą część umiem; to czuję się o wiele lepiej, niż gdy wiem po prostu, że muszę się uczyć włoskiego, i że mam dużo pracy. Racjonalizacja i skonkretyzowanie zdziałały cuda, bo jeśli chodzi o maturę, to nieco się rozluźniłam.

Po drugie, powiedziała mi też, że są osoby- i chyba się zaliczam do tego grona- na które uspokajanie działa wręcz przeciwnie, wpędza w większy stres i mają one wtedy wrażenie, że otoczenie ich nie rozumie. Tak patrząc na mój wczorajszy wpis, i na moje wczorajsze zachowanie, to chyba to mam. Gdy ja płaczę z nerwów, czy coś mnie boli, a ktoś mówi, że 'wszystko będzie dobrze', przecież zdasz', 'przecież do matury daleko', 'przecież się wyjaśni'; to tak szczerze mówiąc zalewa mnie krew, z miejsca trafia szlag, i ogólnie mnie cholera jasna bierze. Ale i tak najbardziej denerwujące jest 'wiem, jak się czujesz'.

Boli mnie, że nawet w środowiskach, w których teoretycznie czuję się dobrze, to tak naprawdę nie jestem bądź nie czuję się akceptowana. Myślałam o tym dzisiaj. Na pozór wszystko jest dobrze, ale tak naprawdę...

I nikomu już nie pozwolę się tak dobrze poznać, jak znali mnie oni.
Więc niech nikt nie mówi mi, że mnie zna, wie, jakie będą moje reakcje, co zrobię, kiedy, dlaczego, i co mną kieruje.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz