poniedziałek, 12 stycznia 2015

Jestem zestresowana, bo jutro piszę egzamin teoretyczny. Hm, w sumie to, że jestem zestresowana, to bardzo... eufemistyczne określenie. Panikuję, strasznie, wiem, że to denerwuje ludzi, ale średnio mogę nad tym zapanować. Co gorsza, chyba mnie coś bierze, boli mnie głowa i zaczyna gardło. Chciałabym iść wcześniej spać, ale prawdopodobnie nie zdążę- robię kolejne testy na prawo jazdy i powtarzam... wszystko. Jutro też się nie wyśpię, bo mam sprawdzian z historii, a w czwartek z matematyki. A w piątek wypowiedź argumentacyjną. Pokręcony tydzień.


Myślę nad swoją niepewnością, nieśmiałością, wstydem, czy jak to zwać. Nad tym, że nie umiem się docenić za nic. Sama spycham się w to piekło wiecznego wahania i smutku. Nie wiem, jak co na to poradzić. Nienawidzę tego w sobie, że nie jestem w stanie w siebie uwierzyć choć odrobinę. Ale nie mogę. Cholera.

Więc siedzę. Mam chwilę przerwy od teorii, żeby nie zwariować, przyniosłam sobie coś do zjedzenia, jakąś herbatę... ale tak naprawdę to tylko kolejne chwile stresu. Chciałabym już być po tym; z drugiej strony, gdy wrócę z Krakowa (a do szkoły się nie wybieram), to będę zakuwała na historię; co jest dla mnie kolejnym stresem... i tak w kółko. Dlatego się czuję taka wypompowana, chociaż nie robię aż tak dużo. Siadam emocjonalnie tak trochę.

Tomek się pojawił. Nie chcę o tym pisać, ale dał znak życia. Niekoniecznie chciałam to wiedzieć, co wiem, ale cóż.

Jestem zmęczona, zniechęcona, i osowiała.

Prawdę mówiąc, powoli tracę już nadzieję, że zjawi się ktoś, kto mi pomoże. To trochę tak, jakbym się powoli topiła, i czekała na kogoś, kto wyciągnie mnie z wody i pozwoli złapać oddech. Nie widzę takiej osoby na horyzoncie, nie wiem, co powinnam ze sobą zrobić.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz