piątek, 11 stycznia 2013

Błąd, błąd, błąd!

Źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle, źle!

To był błąd, błąd, błąd!

Dlaczego on ma jakiś niesamowity talent do wpieprzania się do mojego życia w chwilach, gdy się już otrząsnęłam, przestałam tęsknić, przestałam chociaż w części rozdrapywać rany? Jak on to robi, jak jakiś pieprzony demon; dzisiaj bez łez, za to gniew, gniew, aż rumieniec gniewu!

Niech on wreszcie zniknie z mojego życia! Nie będę reagować na jego kretyńskie zaczepki! Ja wygrałam tę rundę.

Jestem sama, sama, sama... Jak można być samotnym w otoczeniu ludzi! Co z tego, że są, skoro ich nie ma?! A obecność jest symboliczna. Jest tylko Michał. Młody, mamy wiele wspólnego, więcej, niż sobie wyobrażasz. Nie jest łatwo rozmawiać z Wiolką.

Sama, sama, sama. Więzi nie ma, przestały istnieć, zresztą... nigdy nie były mocne. To już nawet przestaje boleć. I tak najcięższe są niewylane łzy. Czemu nie umiem już płakać? Nawet teraz, gdy szloch ściska za gardło? Nic nie powiem, będę pisać, może przyniesie ulgę, najpewniej nie, Boże, pomóż, nie radzę sobie.

Nie ma ich, nie ma... A lato było tak niedawno, i minęło, i nie ma, nie ma.

Piszę tu jakieś bezsensowne bzdury, ale muszę, bo niemal roznosi mnie od środka. Ciąży coś na duszy, tak, że tłumi oddech. Dlaczego was nie ma? Taka więź jest coś warta?

Popełniłam błąd.
Niepotrzebnie się łudziłam, że on chce naprawić to, co było. Chciał kpić. Chciał mnie sprowokować... wygrałam. Ale ta wygrana mnie boli. Z Julią też wygrałam. Nie ma, nie ma.
Ale mam honor, mam dumę. Z racji tej dumy sama już nigdy nie napiszę do niego pierwsza. Z racji tego honoru jutro usiądę sama z przodu, i będę sama, sama.

Do takiego stanu doprowadziła mnie jakaś głupia (piękna) piosenka o miłości z aniołem, zapewne znacie, i opowiadanie na jej podstawie.

Już troszkę ogarnęłam ten cały chaos. Piszę spokojniej.

Myślę o rekolekcjach, myślę, że nie mogę się ich doczekać, myślę, że znów będę na nich (a jednak) płakała bądź wzruszała bądź tłumiła załamania nerwowe. W ogóle za dużo w sobie tłumię. W końcu tego nie wytrzymam. Myślę, że może będzie chociaż jedna osoba, która mnie polubi, ale w zasadzie wątpię.

W sumie... w chwili obecnej potrzeba cudu, żebym przestała myśleć tak, jak w tej chwili.
Albo snu.
Zdecydowanie za mało sypiam.

Tak, tak, pójdę spać. Nigdy nie pamiętam snów. Zwykle upadam w jakąś czarną otchłań... a potem się budzę.

Idę, idę...

Musiałam wypisać uczucia.

Opadłam z sił.

Uspokoiłam się.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz