piątek, 10 sierpnia 2012

Komentarz Agi-Tarrantuli i swoje późniejsze przemyślenia postawiły mnie na nogi, wraca dziś Julia, i ogólnie nie jest źle. Być może faktycznie przesadziłam, ale przez wspomniane już wydarzenia towarzyszące wspomnianemu już pierwszemu zakochaniu, moja psychika lubi mi sprawiać różne psikusy. W jednej chwili jest dobrze, a w drugiej płaczę i zadaję sobie pytanie: 'Po co żyć?' No ale nic, będzie dobrze, kto da radę, jeśli nie my?

Ciekawa jestem, czym dla moich rówieśników jest (powtórzenie wyrazowe, szlag) miłość. Miłość... mhm? Jeszcze w swoim gimnazjum (jak to dorośle brzmi, chociaż szkołę tę ukończyłam w czerwcu tego roku) obserwowałam różne schodzące się i rozchodzące pary. Był to bardzo interesujący eksperyment. Mieliśmy tam jedną parkę, która była razem przez całe 3 lata w tejże szkole, rozstali się bodajże raz na, miesiąc czy dwa, dokładnie nie wiem, bo to tacy dalsi znajomi. Ale wrócili do siebie. Widziałam ich jakoś niedawno, w wakacje. Ich przyszłość może być fascynująca, i w sumie mimo takiej mocnej więzi nic nie jest przesądzone. Słyszałam o parze dorosłych, którzy zaczęli chodzić w wieku 14-15 lat, wzięli ślub, a kobieta później żałowała. Najnormalniej w świecie się sobą znudzili, cóż zrobić? A inną głupotą jest rozpoczynanie związku, kończenie go po tygodniu czy dwóch. Bezsens, czy ilość zaliczonych partnerów to licznik popularności?

A mnie marzy się Wielka Miłość, romantyczna i porywająca. Jednak sądzę, że mam małe szanse na zamążpójście. Zarówno dzięki swojej religii, jak i własnym zasadom moralnym, zamierzam powstrzymywać się przed współżyciem do ślubu, lub do śmierci, jeżeli takowy nie nastąpi. Jakie są szanse, że mi się uda? Sądzę, iż duże, biorąc pod uwagę moje przemyślenia, to wszystko, czego uczy mnie rodzina oraz właśnie wpływ wiary na moje życie.

Mama stwierdziła kiedyś, że żyję w świecie fikcji, myślę, że przyjedzie po mnie książę na białym rumaku... A życie jest inne. Możliwe, że moje marzenia nie mają szansy się spełnić w świecie, w którym przyszło nam żyć. Trudno. Jakoś będzie. Widzę, jak powinien wyglądać prawdziwy związek. Dlatego pomyliłam się z Pierwszym, P., nawiązując do mojej poprzedniej notki. Teraz wiem, że to wszystko było chore, i dobrym odruchem, chociaż może nieco dziecinnie to teraz brzmi i z pewnością infantylnie wyglądało, było obrażanie się. I moje próby odizolowania się od niego. Teraz mi się to udało, nie ma go, nie ma, chociaż czasami brakuje mi wspólnych rozmów czy docinków. Ale widocznie nie był tego wart. Nie mogę jednak niestety jednoznacznie stwierdzić, że to TYLKO jego wina. Miałam i ja, może nawet częściej, huśtawki nastrojów, potrafiłam nieźle go zgnoić, lecz mu ufałam. Kto wie, może nie umiałam wyrazić dobrze swoich uczuć, nie wiem. Czas zapomnieć.

Skorzystam teraz z okazji, i na swój sposób połączę swoje myślenie teraz z notką Agi-Tarrantuli z lipca. DEFTO- powolne umieranie, mhm? Ogólnie sam ten termin znam, gdzieśtamcośtamkiedyśtam zasłyszany jest, ale nigdy się w to nie wgłębiałam (czy takiego tytułu nie nosi czasem jedna z piosenek Jamala???). Skoro napisałaś o planowaniu samobójstwa... Myśli były, ale to dawno. Trzy lata temu. Ale być były. Wydaje mi się, że każdy ma taki okres w życiu, kiedy obsesyjnie myśli o śmierci (co ciekawe, ja przechodziłam to w wieku 10-12-12-13 lat, falami, a moja młodsza siostra w wieku 4 czy 5), ale jeśli dodatkowo nałożą się na to przytłaczające wydarzenia, może być, hm, nieciekawie. Wiem, że myślałam o tabletkach- bo to śmierć bezbolesna, lub o podcięciu żył. Cieszę się, że u mnie, jak i u Ciebie na myślach się skończyło, bo to jest zarówno źle widziane, jak i po prostu... bezsensowne. I tak nas od niczego nie uwolni, przynajmniej z mojego punktu widzenia (człowiek nie ma prawa decydować o długości czy podejmować decyzji o pozbawieniu kogoś lub siebie życia).

Chyba skończę przynudzać. Muszę iść uczyć siostrę grać w Monopoly (głupio to brzmi). Jutro być może jadę do wesołego miasteczka. Za tydzień czekają mnie rekolekcje w Groniu. Za 16 dni moi dziadkowie obchodzą 50 rocznicę ślubu, co też daje jakiś obraz prawdziwej miłości. Życie nie jest złe. Muszę po prostu przestać narzekać i zacząć żyć. Nie oglądać się za siebie. Przeszłość jest przeszłością.

2 komentarze:

  1. Najgorsze jest skupianie się na takich myślach i bezustanne rozpamiętywanie tego, co mogło się stać, albo co może być... Trudno jest się od tego oderwać, ale nie można się w tym pogrążać. Zamiast tego, trzeba się nauczyć dostrzegać choćby i najmniejsze pozytywne rzeczy wokół. Zdaję sobie sprawę, że to łatwo napisać, ale też wiem co mówię, bo sama cierpię na depresję od dobrych kilku lat, mam więc wprawę w odpędzaniu podobnych myśli.
    Masz dopiero 16 lat, jesteś młoda i cały świat przed Tobą! Warto wziąć życie w swoje ręce i nie czekać, aż jakieś marzenie się spełni, tylko zrobić tak, żeby się spełniło :) Czasem nawet najmniejszy krok powoduje duże zmiany
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Hej hej hej! Defto to rzeczywiście tytuł piosenki Jamala ... miłość ... kiedyś stwierdziłam że w naszym wieku są miłostki a nie prawdziwa miłość. Ale musimy przejść przez ten etap znajomości krótszych i dłuższych aby znaleźć jednego jedynego. Tak, ja też o kimś takim marzę. Życie to nie bajka ale czemu go w bajkę nie zamienić. Nie szukam nikogo, nie zmieniam przeznaczenia. Czekam na to co mi los przyniesie. A jeśli przyniesie mi jego będe sie modlić aby nasza bajka trwała do nieuchronnej śmierci. Teraz biorę sie za czytanie Twojej najnowszej notki a potem może sama coś skrobnę ;)

    OdpowiedzUsuń