Inna sprawa, że to stawia mnie w pozycji hipokrytki
Niemniej.
Nie życzę sobie, żeby mówiły o mnie za plecami, drwiąc z mojej nauki. Z innych rzeczy- okej, przyzwyczajam się. Z nimi nie da się inaczej. Ale nie z nauki, gdy jest to rzecz, na której tak bardzo mi zależy.
Doszłam do wniosku, że mam za dużo rzeczy, które muszę zrobić, a przez to zostaje mi mało czasu na rzeczy, które chciałabym robić. Nie mam na myśli oglądania dram. Bardziej chodzi mi o czytanie książek jak kiedyś, pisanie, nauka czegoś, na czym mi zależy (historia). Czuję się przymuszona do wkuwania matmy- a bądźmy szczerzy, w moim przypadku chodzi tylko o to, żeby tę nieszczęsną podstawę zdać. Wystarczy mi 50%. Może jestem mało ambitna- ale ja po prostu mam inne priorytety. Nie jestem w stanie uczyć się również na matmę, gdy historia jest na maturze tak trudna.
A one się z tego śmieją.
Zabolało. I rodzi się we mnie coraz więcej i więcej wątpliwości do tego, czy powinnam się z nimi trzymać, czy nie powinnam po prostu się powoli zdystansować. W sumie, sporo bym na tym zyskała. A czy mogę mówić o stracie, gdy one nie dają mi wsparcia? Jedynie trochę śmiechu na przerwie. Chyba na tym opiera się nasza relacja.
Zrobiło mi się smutno.
Czuję się jak w pieprzonej sieci pająka. Jest tak lepka, że nie mogę się wyrwać, chociaż bardzo, bardzo bym chciała. Im mocniej się szamotam, tym bardziej bolą mnie te chore sytuacje. Boże, oby już skończyć to liceum, żeby tylko wyjść. Byle do kwietnia.
Pod koniec gimnazjum też tak miałam. A potem wszystko się popieprzyło.
Poczekajmy więc, co będzie teraz.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz